Zza biurka na scenę – wywiad z Jerzym Grzechnikiem cz. 1

Z niezwykłą przyjemnością i dumą przedstawiam wszystkim czytelnikom mojego kolejnego wspaniałego gościa, który zgodził się opowiedzieć o kilku aspektach swojego życia zawodowego na łamach bloga Kariera pod kontrolą.

Jerzy Grzechnik jest jednym z czołowych artystów warszawskiego teatru muzycznego Buffo (dodam na marginesie, że mojego ulubionego teatru, w którym ZAWSZE bawię się doskonale). Aktor i wokalista występujący we wszystkich spektaklach muzycznych wystawianych przez ten teatr, w tym w znanych musicalach Metro (główna rola Jana), Romeo i Julia, Polita.

Zanim stanął na deskach teatru, szedł zupełnie inną ścieżką kariery i była to ścieżka daleka od artystycznej – można ją określić jako „biurową” :)

Jak doszło do takiej drastycznej zmiany? Przeczytajcie!

Czym zajmowałeś się zanim związałeś się z Buffo i jak to się stało, że już się tym nie zajmujesz? Czy masz jakiś „plan B” na życie?

Tak naprawdę to właśnie Buffo jest moim „planem B” – dosłownie! Podczas całej edukacji wczesno- i późnoszkolnej nigdy nie podejmowałem świadomych działań, mających na celu „wdrapanie się” na scenę. Przez długie lata, studiując Zarządzanie na UW, byłem przekonany, ze skończę jako szeregowy pracownik w jakiejś międzynarodowej korporacji.  Przez pewien czas, tuż po studiach, nawet szedłem tą ścieżką. Przewędrowałem przez parę firm – różnych agencji: tłumaczeniową, consultingową i geodezyjną, pracowałem nawet w Ministerstwie, ale w duszy wciąż mi grało i nie będę ukrywać, że siedzenie za biurkiem było dla mnie katorgą.

Którejś nocy nie mogłem zasnąć z powodu nawału bombardujących mnie myśli oraz gnieżdżących się we mnie frustracji i właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że nie dam tak dłużej rady – że nie chcę już liczyć każdej minuty, która zostaje mi do wyjścia z biura, w oczekiwaniu, że w końcu zabiorę się za coś, co mnie w pełni interesuje, o ile starczy mi jeszcze na to sił pod koniec dnia. I wówczas postanowiłem zacząć chodzić na castingi.

Jak wcieliłeś to postanowienie w życie i jakie były tego efekty?

Oczywiście uczyłem się już wtedy od 3 lat wokalu w Niepublicznej Szkole Wokalnej im. Jerzego Wasowskiego na Ochocie, którą z resztą rozpocząłem dość późno, bo w wieku 25 lat, czyli już po skończeniu studiów. Przez cały ten okres, po każdym dniu pracy w biurze, zbierałem swoje rzeczy i pędziłem wszystkimi możliwymi środkami transportu na drugi koniec Warszawy, żeby uczyć się śpiewu. Pamiętam, że dawało mi to tak niesamowitą inspirację, energię i siłę, że w pewnym momencie nie byłem już w stanie oprzeć się pokusie rozpoczęcia poszukiwań pracy w tej branży.

Na początku wcale nie było łatwo, ponieważ muzycznie nie miałem żadnego zaplecza. Nie byłem nigdy uczestnikiem dziecięcych festiwali, nie znałem w ogóle ludzi z branży, a okazało się, że jest to jeden z bardzo istotnych warunków „zaczepienia się” gdzieś na stałe. Pewnego dnia usłyszałem o castingu do Buffo. Znałem ten teatr i podobały mi się spektakle wystawiane tam, ale słyszałem też wiele o Januszu Józefowiczu i wiedziałem, że kto jak kto, ale on nie będzie owijał w bawełnę i powie prosto z mostu co o mnie myśli. Krążyły również historie o tym, że Józefowicz wspiera talenty i jako jeden z bardzo nielicznych pracodawców w tej branży daje szansę ludziom nieznanym. Szedłem na przesłuchanie z duszą na ramieniu, ale także z postanowieniem, że jeśli także tym razem się nie uda, to raczej daruję sobie dalsze poszukiwania. No i się udało!

A gdybym nagle stracił tę pracę, to w razie czego mam wykształcenie wyższe z dziedziny zarządzania i intensywnie uczę się pięciu języków, wiec myślę, że z głodu nie umrę.

Jurek3

Fot. Ju Cho

Czy zmiana zawodowa tego rodzaju była dla ciebie atrakcyjna zarówno emocjonalnie, jak i finansowo? Czy finalnie opłaciło ci się odejść z biura na deski teatru?

Oczywiście, każda zmiana niesie za sobą pewne ryzyko. Mogło się na przykład okazać, że nie jestem w stanie dostosować się do zasad panujących w teatrze, że nie radzę sobie z nieustannym napięciem i stresem związanym z tak intensywną pracą na scenie, itp. Jednak wychodzę z założenia, że kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa i w efekcie – przede wszystkim emocjonalnie, ta zmiana bez wątpienia wywarła na mnie pozytywny wpływ.

W pierwszym okresie w ogóle nie traktowałem śpiewu jako pracy – to była przyjemność, ciągła nauka i odkrywanie nieznanych sfer nie tylko otoczenia, ale także własnej osobowości. Niestety, dopiero w kolejnym sezonie, przy pierwszej kontuzji głosowej uświadomiłem sobie, że jest to ciężki zawód i nie wolno traktować go z pobłażaniem. Zmieniłem cały swój grafik zajęć, zacząłem się inaczej odżywiać  i brać środki łagodzące kaszel lub zapobiegające infekcjom gardła i strun głosowych.

Dziś momentami czuję się zmęczony. Ta intensywność działania w ciągu ostatnich sześciu lat nie spada, a wręcz przeciwnie, wydaje się nasilać. Człowiek niby zbiera doświadczenia i teoretycznie powinien stawać się coraz pewniejszy siebie, ale ja, grając kolejny raz te same spektakle, często czuję się jakbym po raz pierwszy w życiu wychodził na scenę. To jest duże obciążenie psychiczne i fizyczne, dlatego w okresie jesienno-zimowym, kiedy jeszcze dodatkowo szaleją choroby i istnieje duże niebezpieczeństwo przeziębienia, muszę szczególnie uważać – wysypiać się i w wolnym czasie wypoczywać, utrzymując zdrową równowagę w organizmie i morale na wysokim poziomie. Jednak w sytuacjach kryzysu przypominam sobie, jak siedząc w biurze z niecierpliwością patrzyłem na zegarek i wówczas wszelkie złe nastroje znikają!

A finansowo? Jest mi trochę niezręcznie o tym mówić, ale nie powinienem się skarżyć. Co prawda nie mamy stałej, comiesięcznej pensji – jesteśmy wynagradzani od każdego zagranego spektaklu – ale gramy tak intensywnie, że spokojnie starcza nam do końca miesiąca, a czasami nawet na trochę dłużej ;). Oczywiście początkowo niektóre nasze stawki były nieco niższe, ale wówczas dodatkowe źródło dochodu stanowiły programy telewizyjne, więc drastycznych negatywnych zmian w poziomie zarobków nie odczułem.  Czyli reasumując – mnie się opłaciła ta zmiana.

Co byś poradził komuś, kto chce zmienić zawód z biurowego na artystyczny?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Ja osobiście kierowałem się intuicją, pasją i nauczony doświadczeniem wiedziałem, że atuty pracy biurowej nie są dla mnie w żadnym stopniu atrakcyjne, przynajmniej w tamtym okresie. Oczywiście uważam, że nie jest to prosta decyzja, szególnie jeśli człowiekiem kierują dodatkowe przesłanki takie jak np. obowiązek utrzymania rodziny i odpowiedzialność finansowa. Nie wiem czy w powyższej sytuacji równie łatwo zmieniłbym profil zawodowy. Jednak myślę, że najlepszą radą jest słuchać siebie samego i próbować przewidywać jakie konsekwencje mogą przynieść podjęte  przez nas kroki. Ja swojej decyzji absolutnie nie żałuję i wiem, że przynajmniej na dzień dzisiejszy „biurowa frustracja” została zażegnana. Samorealizacja może nastąpić tylko i wyłącznie w sytuacji, kiedy wykonujemy zawód z powołania – i do tego należy dążyć w życiu.

Jurek2

Fot. Ju Cho

To była pierwsza część wywiadu z Jerzym Grzechnikiem. A już jutro zapraszam na część drugą. Czy wiecie jak artysta przygotowuje się do spektaklu i ile tak naprawdę czasu zajmuje jego praca?! O próbach, przygotowaniach, trudnościach i spełnieniu Jerzy opowie w części drugiej naszej rozmowy.

A tymczasem posłuchajcie jednej z moich ukochanych piosenek w perfekcyjnym, niezwykle przejmującym wykonaniu Jurka, którą na żywo możecie usłyszeć na Wieczorze Francuskim w Buffo i – gwarantuję – dreszcze będą biegać wam wzdłuż kręgosłupa! I kto by pomyślał, że to śpiewa ktoś, kto zaczynał swoją drogę zawodową od pracy za biurkiem!

 

Udostępnij na:

2 Comments on Zza biurka na scenę – wywiad z Jerzym Grzechnikiem cz. 1

  1. Ola Osuch // 25 lutego 2013 at 17:39 //

    Rzeczywiście ścieżka kariery robi ogromne wrażenie! Jestem pod wrażeniem, prawdę powiedziawszy po raz pierwszy spotkałam się z taką drogą: zza biurka na scenę.

  2. Krystyna Godzik // 26 lutego 2013 at 16:40 //

    No dobrze, ale trzeba mieć jeszcze, tak jak Jurek, wygląd i kawał głosu!!!

Comments are closed.