Polityka drzwi otwartych – pierwszy krok do marnowania czasu

Kojarzysz z własnego lub cudzego doświadczenia różnego rodzaju open space’y w biurach, gdzie wszyscy siedzą „na kupie” i panuje ogólny harmider i rzekoma „atmosfera pracowania”? Kojarzysz też pewnie sale konferencyjne i gabinety kierowników i dyrektorów zbudowane ze szklanych ścian, przez które każdy może sobie zobaczyć, czy akurat dyrektor dłubie w zębie, czy wącha sobie pachy (no co, przecież upał jest, a on ma za pół godziny meeting z kolegą w sushi barze)?

Tak, te wszystkie wynalazki są po to, by realizować politykę otwartych drzwi w firmach, polegającej na tym, że każdy zawsze i wszędzie ma być otwarty na innych i dla innych, zawsze można podejść do jego stanowiska pracy, stanąć za plecami i zapytać o coś niecierpiącego zwłoki, np. kiedy otworzy maila, który mu właśnie wysłaliśmy 10 minut temu.

Te wszystkie wynalazki służą temu, by nie skupiać się na swojej robocie, tylko demonstrować gotowość do tego, by ktoś nam ją nieustannie przerywał byle pierdołami. Przez co zamiast przysiąść porządnie, skończyć swoją pracę i iść do domu – trzeba siedzieć do wieczora, gdyż w ciągu dnia brakuje czasu na normalną pracę i robi się ją kawałeczkami, więc trwa dłużej.

Polityka „open-door” to ewidentna głupota i główna przeszkoda w pracy, chociaż wiele firm tak bardzo lubi się nią chwalić. Nie ma czym, mili państwo. Ten wymysł odrywa ludzi od pracy, bo zachęca innych ludzi, aby przechadzając się obok wpadali do nich i popychali pierdolety, zamiast dać komuś pracować i zająć się swoją pracą.

W hotelach jest dostępna wywieszka na drzwi „Nie przeszkadzać”. Taka sama powinna być w biurach, dzięki temu nie rozdmuchiwałoby się sztucznie dnia do wieczora, tylko skupiałoby się na pracy, w spokoju, bez harmideru i wystawienia na publiczny widok, niczym króliki w Kakadu (to taka sieć sklepów zoologicznych).

To straszne mieć taką opinię w czasach, gdy każdy i wszystko musi być „open”, prawda? Jeżeli dla kogoś to skandal – trudno, z mojej strony ani on pierwszy, ani ostatni.

 

Udostępnij na:

4 Comments on Polityka drzwi otwartych – pierwszy krok do marnowania czasu

  1. W mojej byłej firmie to nie była żadna polityka „otwartych drzwi”, tylko sposób na „kontrolowanie” pracowników… Wszystko na widoku, tak celowo zaprojektowano nowy biurowiec. W takich warunkach nie dałam rady pracować, potrzebuję spokoju i przynajmniej minimum prywatności.

  2. Monika // 8 lipca 2013 at 18:28 //

    Post bardzo a propos zdarzenia sprzed kilku dni: przyjechał po mnie do pracy mąż i zobaczył, że mam swój pokój, który w dodatku ma normalne (nie szklane) ściany:) Jego bezcenna zachwycona mina ukazała mi jakie mam szczęście:)))))

  3. Karol // 8 lipca 2013 at 20:25 //

    Open space to jak dla mnie masakra.
    Zawsze jak idę do biura, gdzie jest open space, co prawda mały, bo 6-7 osób, ale moja produktywność maleje czasem poniżej 30%.
    Home office, to praca na 100%, ale jakoś szefostwo nie może tego pojąć i ma cały czas przeświadczenie „wzmożona kontrola, dźwignią społecznego zaufania”. :/
    Mam jednak to „szczęście”, że mogę udawać delegację. 😉

  4. Kamelia // 12 lipca 2013 at 22:49 //

    Myślę dokładnie to samo. Pracowałam w pokoju i byłam bardzo zadowolona, miałam ciszę i mogłam się skupić na własnej robocie. Przesadzono mnie na open space, bo potrzebowali pokoju dla Managera (bez komentarza). Komfort pracy znacznie spadł, potem na open space przesadzono mnie w jeszcze gorsze miejsce, na sam środek. Mam ścianki, ale przecież nie zagłuszają dźwięków i beznadziejnie głupich dialogów. Obok mojego „boxa” są kanapy dla gości. Kiedy przyjeżdżają przedstawiciele na szkolenie przeżywam koszmar. Słyszę co mają zamiar jeść, jakie mają problemy, co ostatnio robił ich kot. Szlag mnie trafia. Uwagi im zwrócić nie mogę, bo zaraz pobiegną na skargę! Jestem bezsilna, a moja szefowa skarży sie na jakość mojej pracy. W środku krzyczę „zamknij mordę idioto”… no i nic nie mogę zrobić :(

Comments are closed.