Jak to jest nie być na Facebooku?

To mogłam robić zamiast przeglądania Facebooka :)

Ostatnio klimat polityczno-społeczny jest w naszym kraju tak gęsty, a ja się tym na tyle przejmuję, wkurzam i rozczarowuję, że postanowiłam się „dla zdrowotności” odciąć na jakiś czas od Facebooka (a dokładniej dyskusji odbywanych za jego pomocą i mojego w nich walenia głową w ścianę), którego postrzegałam jako główne źródło moich frustracji. Miało to miejsce 9 dni temu. Wówczas zawiesiłam swoje konto i mój profil zniknął z FB. Pozostał mi tylko Messenger, dzięki któremu mogłam np. łatwo rozmawiać z mężem podczas wyjazdu służbowego.

Moja nieobecność na FB, na którym dotychczas bywałam co najmniej kilka razy dziennie, doprowadziła mnie do kilku wniosków, którymi się podzielę.

Z całą pewnością nie jestem uzależniona od Facebooka. Wbrew temu, co czasami niektórzy mi sugerowali, mając na uwadze częstotliwość mojej obecności na FB :) Jestem typem człowieka, któremu strasznie ciężko byłoby się od czegoś uzależnić. Z jednej strony rzeczy mi się szybko nudzą, a z drugiej – nie ma chyba niczego, co by mnie jakoś totalnie pochłaniało, wciągało. Ma to swoje minusy, ale też ma ten właśnie zdecydowany plus – nie ma raczej opcji, bym się od czegoś uzależniła. Nie tęsknię do Facebooka, nie mam „syndromu odstawienia”, nie czuję żadnego FOMO, FB nie zajmuje moich myśli w zbyt wysokim stopniu. Nie jestem ciekawa „co tam na Fejsie”.

Myślimy o tych, których widzimy, a nie o tych, których nie widzimy. Mam kilka tysięcy „znajomych” na FB, część z nich to osoby, których nie znam, ale Fejs służył (kiedyś bardziej, teraz mniej) mi też do celów zawodowych, więc był czas, gdy przyjmowałam do znajomych prawie każdego, bo zależało mi na zasięgach. W ciągu ostatnich 2-3 lat przyjmowałam już tylko tych, których znam, ale też nie usuwałam tych, których kiedyś przyjęłam nie znając ich (no, chyba że w międzyczasie okazali się fanatykami albo wybitnymi dupkami). Przez ponad tydzień nikt nie widział żadnej mojej aktywności na Fejsie, bo nie było tam mojego profilu. Wcześniej – tak jak wspomniałam – byłam bardzo aktywnym userem. Wydawałoby się, że jeżeli ktoś nagle „przestaje istnieć” to jest to coś, co inni zauważają. Otóż nie. Żyjemy w czasach, w których interesuje nas tylko to, co nam jest podetknięte pod czubek naszego nosa. Jeżeli czegoś nie widzimy, to nie jesteśmy tym zainteresowani. Z tych kilku tysięcy osób tylko trzy osoby skontaktowały się ze mną nawiązując do tego, że mój profil jest nieaktywny. Z czego dwie pytały o co chodzi lub co się stało, a jedna po prostu chciała się skontaktować i zobaczyła, że nie może. Oczywiście mogło też być tak, że ktoś zauważył moją nieobecność, ale przeszedł nad tym do porządku dziennego. To jednak potwierdza mój wniosek o tym, że nie interesuje nas to, czego nie widzimy. Nie piszę tego jako wyrzut, tylko jako obserwację. Takie mamy czasy, taki mamy klimat.

Przypomniała mi się jedna historia. Moja koleżanka, której zmarł drugi rodzic, została na święta zaproszona do swojej przyjaciółki, żeby nie spędzała ich samotnie. Ucieszyła się z tego zaproszenia i napisała o tym na Fejsie. I pojawiły się komentarze jej koleżanek: „Ojej, nie pomyślałam, też bym cię zaprosiła”, „Jakby coś to daj znać, moje drzwi są dla ciebie otwarte”, „Och, zapomniałam, a też mogłam cię zaprosić”. Czytałam to i myślałam sobie jak bardzo jesteśmy skoncentrowani na samych sobie, jak bardzo mamy w dupie innych ludzi i ich sprawy. Jak bardzo trzeba nam coś wepchnąć w twarz, żebyśmy na coś w ogóle zwrócili uwagę. Na następne święta ja zaprosiłam do siebie tę koleżankę. Nic mi nie wiadomo o tym, by ci co się odgrażali, że ją też mogą zaprosić, zrobili to.

Czasem czuję potrzebę publicznego skomentowania czegoś. W ciągu tych 9 dni miałam tak ze 3-4 razy. Normalnie bym weszła na FB i coś napisała. No ale nie miałam Fejsa, więc potrzeba została niezaspokojona :) Żadna tragedia się nie stała, ale ze zdziwieniem odkryłam potrzebę reaktywacji tego bloga. No właśnie, ponad rok niczego nie pisałam, aż tu nagle ni z tego, ni z owego, przychodzę i piszę długaśny tekst. Przyznaję – z pewną taką nieśmiałością. Nie chcę z tego robić jakiegoś wielkiego „halo”, nie chcę też niczego obiecywać, że będę pisać, albo nie będę i jak często. Może będę, może nie. Ujmujące jest, że mimo, że blog nie był aktualizowany – wciąż sporo osób na niego wchodziło i czasem komentowało. To bardzo miłe. Cieszę się, że taka potrzeba powrotu do bloga się u mnie pojawiła. Myślę, że mogę to zawdzięczać temu Fejsowemu detoksowi.

Facebook jest mi potrzebny do działań powiązanych z projektami, w których biorę udział. Dlatego nie zamierzam całkowicie z niego odchodzić i wrócę pewnie dzisiaj, po 9 dniach nieobecności. Jestem członkiem kilku grup, w których toczą się sprawy ważne dla mnie i chcąc być ich częścią w stopniu mnie zadowalającym – muszę być na Fejsie. Teraz wszystko dzieje się na FB, taki mamy klimat. Komunikujemy się tam ze sobą, bo tak jest najłatwiej. Nie zamierzam sobie tej komunikacji utrudniać.

Facebook służy mi głównie do prokrastynowania. To jeden z najbardziej wartościowych wniosków, bo dzięki niemu mogę coś z tym zrobić. Gdyż – jak łatwo się domyślić – nie jest to coś, co mi się podoba. Zwykle było tak, że jak nie miałam nic specjalnie ważnego do zrobienia, albo mi się nie chciało do czegoś zabrać, to klikałam na FB i scrollowałam walla, klikałam w udostępniane linki, czytałam co piszą znajomi. I tak mijał czas. Przez te 9 dni nie miałam już tego najprostszego narzędzia do prokrastynacji, więc robiłam inne rzeczy – bardziej sensowne, w mojej opinii. Czytałam książki, kolorowałam kolorowanki dla dorosłych, uczyłam się szkicować, pisałam recenzje na Yelpa, bawiłam się z kotami. Prokrastynowałam jednocześnie relaksując się, i to w sposób jak dla mnie wartościowy. Zamierzam tak robić częściej.

Mam silną wolę oraz jak się na coś umówię, to słowa dotrzymam. To akurat dla mnie żadna nowość, ale tak miło jest sobie znowu to uświadomić :) Tutaj umówiłam się sama ze sobą, że nie korzystam z FB. Zawieszone konto można bardzo łatwo odwiesić, wystarczy się ponownie zalogować. Jednak ja się nie logowałam. Może zapytacie dlaczego zatem po prostu nie zdecydowałam się zwyczajnie wylogować i nie wchodzić na FB, po co aż było zawieszać konto. A no po to, by gdy już powrócę, mieć czystą kartę i nie musieć przebijać się przez tonę powiadomień. Konto osoby wylogowanej normalnie istnieje w sieci, zatem jest ona normalnie powiadamiana o tym, co polubili i udostępnili jej znajomi. I potem taki ktoś loguje się i ma tonę powiadomień. Ja mam tak, że jak od rana szkolę i wieczorem po raz pierwszy wchodzę na Fejsa, to mam np. 90 powiadomień. Moja sumienność każe mi przez nie przejść i uporządkować pod względem ważności lub ciekawości, a na najważniejsze zareagować (przeczytać, skomentować, itp.). Gdy konto jest zablokowane – to tak, jakby nie istniało, więc nie ma żadnych powiadomień i jest święty spokój.

(EDIT: No niestety. Myliłam się. Przy zablokowanym koncie też przychodzą powiadomienia, co niniejszym, po opublikowaniu tego posta, odkryłam powracając na FB. Zatem nie widzę zalet zawieszania konta, no chyba żeby ewentualnie bardziej dobitnie zamanifestować swój wkurw :) )

Ciężko mi powiedzieć, czy zawieszenie konta pozwoliło mi się zdystansować do tematów, które mnie frustrowały. Szczerze mówiąc – nie sądzę. Ale i tak uważam, że to był dla mnie ciekawy czas, w którym trochę oczyściłam głowę z zalewu niewiele znaczących treści. Być może kiedyś jeszcze powtórzę to doświadczenie.

To mogłam robić zamiast przeglądania Facebooka :)

Udostępnij na:
  • przypadkowy_komentator

    kilka tysiecy znajomych i przez 10 dni ani jednego komentarza pod wpisem w blogu