8 zachwycających rzeczy w Korei

Niedawno wróciłam z ponad 3-tygodniowej podróży po Korei. Odwiedziliśmy Seul, Jeonju, Gwangju, Busan, Daegu, okolice Boseong i Strefę Zdemilitaryzowaną. To była nasza druga duża podróż do Azji (pierwsza była 6 lat temu do Japonii).

Pomyślałam, że napiszę o Korei w dwóch częściach: o tym, co mi się tam najbardziej podobało i o tym, co mnie wkurzało. Dzisiaj będzie pierwsza część. Chciałabym przeczytać takie informacje przed swoim wyjazdem, więc mam nadzieję, że być może trafi tu kiedyś ktoś, kto sam z nich skorzysta.

1. Niedrogie jedzenie w knajpach i na ulicy. Standardowy posiłek w knajpce składa się z wielkiego, naprawdę ogromnego dania, do tego dostaje się gratis kilka lub kilkanaście przystawek, wodę i często zupę. To kosztuje – w przeliczeniu na złotówki – ok. 15-25 zł. Można znaleźć też nawet taniej. Wielokrotnie taki posiłek nasycał nas na zdecydowaną większość dnia. Jedzenie uliczne oferuje szeroki wybór przekąsek, które są smaczne, przyzwoitej wielkości, bardzo lubiane przez Koreańczyków i dostępne niemal wszędzie, w różnych formach. Takie przekąski to koszt ok. 3 – 10 zł. Zjadłam np. wspaniały, spory szaszłyk z ośmiornicy przypieczony na grillu z masełkiem za ok. 10 zł. Ciasto z mączki rybnej, bardzo popularne wśród autochtonów, podane z pysznym rosołkiem i dowolną darmową ilością jego dolewek to koszt ok. 3-4 zł.img_8733

2. Gościnność Koreańczyków. Od właścicielki hotelu w Seulu dostawaliśmy co chwilę jakieś dodatkowe, nieprzewidziane żadną umową jedzenie. A to owoce, a to zupy, słodycze koreańskie, wafelki, ciasteczka, kimbapy (takie coś podobne do rolki sushi), na koniec pobytu dostaliśmy też drobny upominek. W Jeonju podobnie – właścicielka przygotowała na śniadanie dodatkowo specjalną sałatkę, dała nam ciastka, owoce. W piekarni dostaliśmy za darmo dodatkowe ciastko. Na spacerze przy plaży panie Koreanki poczęstowały nas owocami. W Busan dostałam poza standardem kilka torebek różnych herbat, zrobiono nam też w hotelu pranie za darmo. Spróbowaliśmy mnóstwa różnych rzeczy nie płacąc za nie, bo po prostu ktoś nam dał, poczęstował. Nie ma się tam poczucia, że chcą na każdym kroku wycisnąć z ciebie ostatnie soki, tak jak bywa u nas np. z płaceniem za szatnię czy toaletę żenujące 50 groszy. Dawanie za darmo, częstowanie, dzielenie się jest czymś totalnie naturalnym.

3. Busan. Miejscowość portowa na południu Korei. Jeżeli wybierasz się do Korei, koniecznie wygospodaruj chociaż 2 dni na to miasto, a najlepiej koło 4-5. Jest fantastyczne. Plaże są śliczne, szerokie i z białym piaskiem. Widoki z plaży na miasto, budynki, czy na piękny Gwangalli Bridge – zapierają dech w piersi. Jest największy w Korei targ rybny. Jest kilka miejsc, które powalają swoim urokiem, jak np. świątynia Yonggungsa. Mieliśmy szczęście mieszkać w Busan prawie tydzień, to był cudownie relaksujący czas. Ważne tylko, by jechać tam po sezonie. Podobno w wakacje nie da się tam wcisnąć nawet główki od szpilki.

img_9176

4. Plantacja herbaty w Boseong. Dziwię się, że nie widziałam tego miejsca niemal w żadnych koreańskich listach typu „must see”. To jedno z wspanialszych miejsc, w jakich byłam w życiu. Ogromna przestrzeń porośnięta wiecznie zielonymi drzewkami herbacianymi, wzgórze, po którym można wejść na sam wierzchołek i oglądać niesamowite widoki i równiutkie rzędy rosnącej herbaty. Plantacja ta jest też popularną lokacją wielu koreańskich seriali. I wcale mnie to nie dziwi, jakby u nas nagrali w czymś takim jakąś „Ukrytą prawdę” to by była główna atrakcja tego tytułu :) Plantacja jest połączona z muzeum herbaty, sklepikami i całą infrastrukturą powodującą, że jest to wypad w zasadzie na cały dzień. Pięknie spędzony dzień. Polecam, koniecznie znajdź czas na Boseong jadąc do Korei.

img_8986

5. Targi rybne. Korea żywi się głównie owocami morza. Dla mnie to raj, bo kocham wszystko, co wyszło z morza, a tam jest tego dużo i w przystępnych cenach. Byliśmy na targu rybnym w Seulu, który był tak ogromny, że aż mnie rozbolała głowa z wrażenia i nie wiedziałam gdzie mam patrzeć. A potem pojechaliśmy do Busan i poszliśmy na tamtejszy targ, który był jeszcze jakieś 5 razy większy. Można tam kupić dosłownie wszystko, co tylko żyje w morzu. W każdej formie. Większości ryb i żyjątek morskich nawet nie znaliśmy nazw. Nie wyobrażałam sobie nawet, że może być cała osobna duża sekcja na takim targu poświęcona tylko i wyłącznie małżom. Różnym małżom. Takim rodzajom małż, że nawet nie miałam świadomości, że taka ilość funkcjonuje na świecie. Targi żywności mają swój niezaprzeczalny urok i wspaniale się je fotografuje. Targi rybne oczywiście wpisują się w tę zasadę. Obowiązkowy punkt wizyty w Korei, zwłaszcza jeżeli jesteś foodie.

img_8908

6. Memoriale i pomniki. Koreańczycy wiedzą co robi wrażenie i co jest najbardziej przejmujące w pomnikach. Wielkość, przestrzeń i smak. Ich memoriale są z jednej strony bardzo symboliczne, ale gdy pokazywana jest postać – jest bardzo wyrazista. Wyraźne są nawet sznurowadła w butach i źrenice. To robi niesamowite wrażenie. Do tego symbol, pusta, duża przestrzeń – to tworzy cały wyraz i znaczenie. U nas mało jest pięknych, symbolicznych pomników. Robi się mnóstwo szkaradnych tworów, w których osoby upamiętnione w ogóle nie przypominają siebie samych, stawia się setki paskudnych tablic pamiątkowych nadźganych tekstem i nikomu nie zależy na tym, by memorial był faktycznie po prostu ładny. Czemu np. nie ma w Warszawie gdzieś w jakiejś dzielnicy, gdzie miejsce i zagospodarowanie terenu na to pozwala, pięknego i subtelnego, ale przejmującego w swoim wyrazie pomnika upamiętniającego osoby, które zginęły w katastrofie smoleńskiej? Czemu jest mnóstwo ohydnych tablic, w różnych dziwnych miejscach, z których każdy się tylko śmieje? Wystarczyłoby w przestrzeni na środku dać jakiś subtelny symbol samolotu rozbity o ziemię (choćby sztampowe skrzydło), wkomponować w to polską flagę spuszczoną do połowy masztu, a dookoła ustawić 96 obelisków z nazwiskami ofiar. W Korei by to tak zrobili i byłoby ładnie, wszyscy by byli zadowoleni. U nas wiecznie robi się nowe pomniczki, kamienie i tablice, każda brzydsza od poprzedniej, stawia się je tam, gdzie nie ma na nie miejsca i zadowolony nie jest nikt. No, może prawie nikt.

img_9016

7. Makgeolli. Wino ryżowe, lekko musujące. Zawartość alkoholu około 6%. Pycha! Bywa albo klasyczne, albo z dodatkami smakowymi. Piliśmy np. o smaku bananowym i kasztanowym. Można pić je na zimno albo na ciepło. Testowaliśmy wersję zimną, ale przywieźliśmy sobie butelkę i przetestujemy jeszcze na ciepło. Smakuje dziwnie, nietypowo. Na pewno nie jest to smak dla każdego. Ma mętny, niezbyt zachęcający kolor, ale mi bardzo posmakowało. W Korei można kupić butelkę za jakieś 4-7 zł, u nas widziałam za prawie dziesięć razy więcej!

img_20161025_205506463

8. Kosmetyki. Dziewczyny pewnie wiedzą, że szał na koreańskie kosmetyki trwa na Zachodzie w najlepsze! I wcale mnie to nie dziwi, bo większość z nich jest świetnej jakości i można je kupić w naprawdę dobrych cenach. Przywiozłam sobie kilka różnych kosmetyków, zachwycam się nimi teraz na co dzień. Przywiozłam też sporo próbek, które dostałam za friko w sklepach kosmetycznych. Za samo wejście do sklepu i obejrzenie asortymentu można dostać za darmo bardzo fajne rzeczy, np. maseczki w płachcie, które u nas kosztują koło 10 zł za sztukę, dostajemy też różne dodatkowe próbki do każdego zakupu.

Oczywiście, mam znacznie więcej miłych wspomnień, ale te chyba są w czołówce :) W następnym wpisie opiszę natomiast najbardziej wkurzające rzeczy w Korei. Zajrzyjcie tu już niebawem!

Udostępnij na: