5 wkurzających rzeczy w Korei

Pisałam niedawno o tym, co w czasie naszej 3-tygodniowej podróży do Korei było najfajniejsze. Dziś przyszedł czas na całkowicie odmienne zestawienie – to, co było najbardziej irytujące i frustrujące.

1. Brak respektu dla przestrzeni osobistej, natrętność. Nie wiem jak to dobrze opisać, żebyście zrozumieli o co mi chodzi. Może podam przykłady. Wchodzę do sklepów z kosmetykami, oglądam testery, próbuję, testuję, a niemal za każdym razem, pani obsługująca zjawia się przy mnie i idzie za mną wokół sklepu w odległości – nie przesadzam – 10 cm. Jak mój cień. Patrzy jak sobie smaruję usta błyszczykiem, jak sprawdzam kolor podkładu, nie spuszcza ze mnie wzroku. Jest tak blisko, że jakbym bardziej gwałtownie machnęła ręką, to bym jej wybiła zęby. Co chwilę też pokazuje mi zupełnie przypadkowe kosmetyki z półki, na zasadzie „rzucania o ścianę, może coś się przyklei”, i mówi o nich jakieś zdania w języku angielskim, którego nie rozumiem, bo ich akcent jest najczęściej nie do ogarnięcia. Na moje delikatne dawanie do zrozumienia, że nie potrzebuję pomocy, tylko sobie oglądam, zero reakcji. Dalej idzie za mną, tuż obok mojego łokcia. Ta sama sytuacja ma miejsce w sklepach z innym asortymentem.

Albo w restauracji. Przychodzimy, siadamy, dostajemy menu i w trakcie gdy je czytamy pani kelnerka stoi nad naszym stolikiem z naszykowanym do notowania notesem. Mówimy, że potrzebujemy dosłownie minutkę, żeby złożyć zamówienie, na co ona mówi „OK” i dalej stoi przy naszym stoliku i czeka. Rzecz nie do zniesienia. Albo w innej restauracji. Siedzimy i jemy, a kelnerka właśnie wkłada czyste pałeczki do szuflady ze sztućcami znajdującej się przy każdym stoliku. Pałeczki w Korei są metalowe, więc jak rzucamy większą ich ilość do szuflady to dźwięczą. Pani dźwięczała pałeczkami przy każdym stoliku, nie bacząc czy akurat przy nim ktoś siedzi i może mu to nagłe najście przeszkadzać w spokojnym zjedzeniu i ewentualnej konwersacji ze współtowarzyszem posiłku. Nikomu zresztą, prócz nas, nie przeszkadzało. Bo strefa osobista nie wydaje się być tam czymś, co jest dla ludzi ważne.

Inny przykład. Jeżeli dwie osoby zamawiają to samo danie to jest raczej pewne, że dostaną je na jednym wspólnym talerzu. Do tego dostaną małe talerzyki, żeby sobie nakładali po małej porcyjce. Ale nie ma jasnego podziału jaka część porcji jest czyja. Bo wszystko ma być wspólne, razem, bez granic. Dla osób takich jak ja, które są terytorialne i mają silne granice osobiste, to jest horror. Albo jedziemy metrem, obok mnie siedzi Koreańczyk i rozmawia przez telefon, gestykulując tak żywo, że co raz trąca mnie ręką. Oczywiście ma to gdzieś i nawet przez jego mózg nie prześlizgnie się cień pomysłu, że może mi to nie odpowiada.

2. Nieprzestrzeganie przepisów ruchu drogowego. Czerwone światło? A kogóż by to obchodziło, jedziemy! Byłam w wielu krajach, ale nigdzie, absolutnie nigdzie nie czułam się tak niebezpiecznie jako pieszy na drodze, jak w Korei. Normą jest przejeżdżanie na czerwonym świetle, zwłaszcza w wykonaniu skuterów i motocykli, często też normalnych samochodów osobowych. Idziemy sobie przez przejście, mamy zielone, a tu tuż przed stopami mojego męża śmiga samochód, który miał czerwone, ale co tam.

Albo idąc przez przejście, gdy nadjeżdża na ulicy samochód, nie zdarza się, by zwolnił, bo może akurat pieszemu coś się stanie i nie zdąży przejść. To on ma pierwszeństwo, więc jak pieszy nie zdąży przejść to trudno, najwyżej będzie potrącony i nie ma tu znaczenia, że pieszy idzie po pasach. Wielokrotnie widziałam mrożące krew w żyłach sytuacje, gdy jedzie gość na motorze po chodniku o szerokości metra, po którym idzie mała dziewczynka, a ten przejeżdża w odległości kilku cm od jej stopy. Jak chcieliśmy przejść na drugą stronę ulicy to po pierwsze czekaliśmy na zielone, po drugie na jakichś innych pieszych, bo w kupie raźniej, a po trzecie lecieliśmy jak najszybciej trzymając się za ręce, żeby zminimalizować ryzyko, że któremuś kierowcy zechce się akurat przejechać na czerwonym, po nas.

3. Obcinanie kotom ogona w połowie. Barbarzyński przesąd, od którego robi mi się słabo. W Korei widzieliśmy sporo dzikich kotów, około 50% z nich miała ogon obcięty w połowie. Okazało się, że całkiem sporo Koreańczyków wierzy w taki przesąd, że jak się kotu utnie pół ogona, to wrzask kota powoduje, że diabeł się przestraszy i tym sposobem wypędza się diabła z domu. No po prostu szlag mnie trafił. Proponowałabym im, żeby sobie obcięli… sami wiecie co. Wtedy wrzask na pewno byłby taki, że wypędziliby nie jednego, a dziesięciu diabłów. W głowie mi się nie mieści, żeby cywilizowany kraj wciąż podtrzymywał wiarę w takie barbarzyńskie idiotyzmy.

No cóż, jest to kultura, która trochę inaczej podchodzi do wartości, będących dla Europejczyka czymś najważniejszym. Nawet życie ludzkie nie ma dla nich specjalnie wielkiej wartości, patrząc po tym jak zachowują się kierowcy na drogach, a co dopiero zwierzęce. Koty i psy są dla Koreańczyków mentalnie na poziomie zabawki, a nie żywego stworzenia, za które jesteśmy odpowiedzialni. Co do jedzenia psów – tak, to się w Korei zdarza, coraz rzadziej, ale jednak. Zwłaszcza na wsiach, czy w małych miejscowościach. Nie jest to typowe mięso do dostania w każdej jadłodajni, ale jak ktoś chce to znajdzie. Ale szczerze mówiąc bardziej jestem skłonna zaakceptować tę różnicę kulturową (no bo w czym jest to gorsze od naszego jedzenia krów i bardzo inteligentnych świń?), niż wiarę w to, że obcięcie kotu ogona, który jest jednym z najważniejszych kocich organów, wypędzi diabła z domu.

img_8965

4. Kobieta nie jest równa mężczyźnie, jest niżej. Uczciwie powiem, że nie spotkałam się osobiście z przejawami tego przekonania. Daje to nadzieję, że powoli, krok po kroczku, sytuacja tam zmienia się na normalną. Z drugiej strony byłam tam tylko 3 tygodnie, nie doświadczyłam więc wielu sytuacji, w których mogłoby wyjść to uprzedmiotowienie kobiet. Za to sporo słyszałam. Ustawę aborcyjną mają jeszcze gorszą niż u nas. Ciążę można przerwać z tych samych powodów, co u nas, ale dodatkowo musi się na to zgodzić mężczyzna (poza sytuacją ciąży z gwałtu). Widzieliście kiedyś takie kwiatki? To brzmi jak ponury żart. To tak absurdalne, jakby na leczenie kanałowe zęba u mężczyzny musiała zgodzić się kobieta. Nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać.

5. Smak głównie słodki i pikantny. Uwielbiam poznawać różne kraje od strony kulinarnej. Gdybym miała z powodów finansowych zdecydować, czy chcę gdzieś być dłużej, ale jeść konserwy przywiezione z Polski, albo być krócej, a część pieniędzy wydać na fajne, ciekawe lokalne jedzenie – wybrałabym to drugie. W Korei jedzenie jest naprawdę ciekawe, często pyszne, aczkolwiek irytujący może być motyw, że albo coś jest bardzo pikantne, albo bardzo słodkie. Korea słynie z pikantnych dań, ja lubię pikantne, ale w ciągu tych 3 tygodni chyba ze 3 czy 4 razy jedno z nas nie było w stanie skończyć posiłku z powodu jego ostrości. Swoją drogą, człowiek się tak łatwo przyzwyczaja do ostrego, że jak przez dwa dni nie paliło nam przełyku, to potem szukaliśmy czegoś bardziej pikantnego.

Z drugiej strony mamy smak słodki. Jak kupujemy koreańskie chipsy w sklepie to raczej wiadomo, że będą one słodkie, nie słone. Krakersy serowe z cheddarem? Również słodkie. Kanapka z szynką i serem? Również słodka, bo z dodatkową warstwą dżemu. Jedliście kiedyś chleb z szynką i dżemem? Nie macie czego żałować. Kawa w puszce z automatu? Nie ma innej opcji jak tylko słodka, i to bardzo. Parówka w cieście? Oczywiście posypana cukrem i polana ketchupem. Smaków znajdujących się pomiędzy słodkim i pikantnym jest dość mało. Sól jest przyprawą lekceważoną. Z jednej strony to z pewnością zdrowe, z drugiej – jak mi czasem brakowało porządnej szczypty soli!

img_20161031_200146715

Bez wątpienia w Korei jest więcej fajnych rzeczy, niż wkurzających. Zdaję sobie też sprawę, że to, co mnie frustrowało, to w dużej mierze różnice międzykulturowe, które są na tyle ciężkie do przeskoczenia i, ze względu na brak wspólnej płaszczyzny językowej, trudne do przegadania i wyjaśnienia sobie wzajemnie, że raczej ciężko by mi było zamieszkać w Korei na dłużej.  Nie zmienia to jednak faktu, że te 3 tygodnie wakacji były znakomitą przygodą i niezwykłym doświadczeniem, które mogę polecić każdemu.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Udostępnij na: